Życie większości maturzystów dzieli się na dwa etapy – od początku września do dnia studniówki i od dnia studniówki do tego co ma nastąpić potem, a o czym wspominać w tej chwili chyba nikt nie chce. Dlaczego „większości”, a nie „wszystkich”? Okazuje się, że nie dla każdego licealisty maturalny zegar tyka tak samo.
Polska studniówka, choć daleko jej jeszcze do amerykańskich rewii kończących się najczęściej w motelowych pokojach, zaczyna bardziej przypominać galę rozdania Fryderyków, niż imprezę młodzieży licealnej. Niezapomniany smak kanapek piętrowych typu „gąbka” ( im dłużej trwała impreza, tym były one bardziej miękkie i rozlazłe), ręcznie wykonana dekoracja sali podczas legalnych wagarów ( za przyzwoleniem wychowawcy!) i muzyczny zespół w stylu „local band”, który wypełniał salę dźwiękami piosenki „Majteczki w kropeczki”, odchodzą w niepamięć. Ich miejsce zajmuje profesjonalny catering, dekorator i DJ. Większość traktuje to jako naturalną kolej rzeczy, ale dla części osób to co teraz nazywane jest studniówką, w żadnym wypadku na owo miano nie zasługuje.
Powody?

Fora internetowe pękają od nich w szwach. Brak odpowiedniego partnera to problem numer jeden. Z zupełnie niewytłumaczalnych przyczyn zakłada się, że każdy licealista „kogoś ma”. Jeżeli nie ma, to mieć powinien, co zmusza go do żmudnych poszukiwań i czasami doprowadza do frustracji. „Nieposiadanie kogoś” bowiem oznacza, że jest się w jakimś sensie ułomnym i nieprzystosowanym do życia w społeczeństwie - no bo każdy przecież kogoś „ma” - koleżankę, kolegę, przyjaciela, chłopaka, dziewczynę, etc. A jeżeli nie ma, to nie ma się też z kim bawić, kiedy wszyscy inni polerują parkiet skórzanymi podeszwami.
A skoro jesteśmy już przy podeszwach, to warto wspomnieć o stroju balowym, który, o ile dla płci męskiej najczęściej pozostaje obojętny, o tyle dziewczynom spędza sen z powiek. Problem jest jednak bardziej złożony, niż sam wybór odpowiedniej sukienki. Musi być wyjątkowa, świetnie leżeć i ładnie komponować się z całym anturażem, to oczywiste, kłopot jednak pojawia się gdy jej cena zdecydowanie przewyższa planowany przez rodziców budżet, albo, co gorsza nie ma takiej która spełniałaby owe kryteria. Serca ojca i matki bywają miękkie i podatne na manipulacje, ale nadmiernie krytyczna samoocena niekoniecznie. Do tego dochodzi najczęściej presja rozmiaru „xs” i liczne grono koleżanek, za którymi biega wianuszek facetów. Czy to może zachęcić młodą dziewczynę do studniówkowej zabawy?
Ludzi w klasie, także tych w rozmiarze „xs”, podobnie jak rodziny, się nie wybiera. Skutkuje to najczęściej podziałami i nieprzyjemną, konfliktową atmosferą, którą wiele osób stara się zakamuflować pod kryptonimem „studniówka”. Są jednak tacy, dla których gra nie jest warta świeczki i najzwyczajniej w świecie wolą po prostu nie iść, niż symulować miłość do całego świata. Spotyka się to najczęściej z brakiem akceptacji nie tylko ze strony rówieśników, ale także nauczycieli, a także samych rodziców, którzy próbują oddelegować swoje dziecko na studniówkę na siłę. Czasami okazuje się, że mają rację, ale z niczym nie należy przesadzać – opór materii może być uzasadniony.
Problemem dla anty-studniówkowych internautów jest obecność nauczycieli, która często bywa niewygodna, i to nie tylko wtedy, kiedy pod stołami leje się wódka, a nad stołem pojawia się szyderczo uśmiechnięta twarz wychowawcy. Niestety ta sprawa wydaje się dość prosta – byli, są i będą obecni na balach maturalnych. Fakt, że mogą czasami krępować swoją obecnością i ograniczać swobodę przez nieustanną obserwację, nie powinno determinować przebiegu imprezy tym bardziej, że oni sami często świetnie się bawią, a ich zachowanie bywa pozorne – przecież muszą trzymać fason! Sprawą o podobnym poziomie nierozwiązywalności jest polonez. Polonez był, jest i będzie, ponieważ stanowi nieodłączny element każdej imprezy studniówkowej. Trzeba jednak pamiętać o tym, że nie każdy lubi tańczyć – to raz. Dwa – pompatyczny przemarsz przez salę gimnastyczną lub (o zgrozo!) profesjonalną salę bankietową, nie jest atrakcyjną formą spędzania wolnego czasu, a trzy – bywa i tak, że na dobór i ustawianie par ma wpływ wzrost, wygląd i fory u nauczyciela WF-u, a nie wyczucie rytmu. To wszystko sprawia, że Polonez traci swoje artystyczne walory i zaczyna przypominać konkurs piękności.
Czy to wszystkie powody, dla których nie lubimy studniówek i nie chcemy w nich uczestniczyć? Oczywiście, że nie. Wybaczcie jednak, że nie pokuszę się o opisanie wszystkich napotkanych w Internecie postów – można by o tym napisać książkę. Jedno jest jednak pewne. Studniówka to wspaniała okazja do integracji, dobrej zabawy i zakończenia jednego z kolejnych etapów życia, ale im bardziej przypomina prom ball, tym dalej jej do szkolnej zabawy dla wszystkich maturzystów, bez względu na wygląd, zasobność portfela czy stan uczuć.
Olga Ziółkowska



