Jak to mawiają: " Nie taki diabeł straszny jak go malują" i choć jest to prawda, zapewne większość z Was bardziej boi się matury, aniżeli samego Szatana. Nie oznacza to jednak, że "wroga" nie da się poznać. A zaufajcie mi,to z kolei jest kluczem do sukcesu.
O tym, że pierwszym krokiem jest przygotowanie pracy, wkładając w to mniej lub więcej wysiłku, czytając stosy, jak się wydaje niepotrzebnych książek, nie trzeba chyba nikomu przypominać. Ale co dalej?
Później moi Drodzy, nadchodzi wiekopomna chwila, kiedy to trzeba stanąć z komisją "face to face". Brzmi strasznie? na pocieszenie dodam, że tylko brzmi. Sama niegdyś przez to przeszłam i z własnego doświadczenia wiem, że można wyjść bez ran.
Ale do rzeczy. Całe przedsięwzięcie powinno zaczynać się od "dzień dobry", co właściwie jest chyba najgorszym elementem. Po nim stres powoli opada, by w końcu pozwolić na wygłoszenie prezentacji na miarę Cycerona.
Komisja składa się z trzech osób, która najprawdopodobniej będzie Ci znana tylko "z widzenia". Nie będzie w niej zasiadał Twój polonista. Sytuacja wydaje się dość komfortowa, jako, że ktoś kto Cie ocenia, pozostanie obiektywny. Zapewne przewodniczący zda Ci pytanie, czego dotyczy Twoja prezentacja a następnie da znak do rozpoczęcia. I oto masz swoje przysłowiowe piętnaście minut, które musisz jak najlepiej wykorzystać. To podczas nich przedstawiasz problematykę pracy.
Po zakończeniu przemówienia komisja da Ci chwilę na "złapanie oddechu" a następnie zaprosi do stolika, by móc zadać Ci trzy pytania, odnoszące się do prezentacji. I pozwolę sobie tu wtrącić praktyczną poradę: pierwsze zazwyczaj dotyczy z terminów, jakie zawarłeś w pracy, typu "awangarda", "stoicyzm"; drugie odwołuje się często do treści lektur; trzecienatomiast będzie badało Twój stosunek do zagadnienia.
Zapewne na wszystkie z nich odpowiesz celująco, dlatego po wszystkim zostaje Ci już tylko wyczekiwać listy z maksymalną liczbą punktów przy nazwisku.



