
Z punktu widzenia człowieka, który co roku zmienia miasto studiowania, a nawet kraj, muszę stwierdzić, że powrót na tzw. „stare śmieci” nie uważam za mniej perspektywiczny. Wszystko, jak by na to nie patrzeć, się zmienia. Stare, dobrze znane powiedzenie, które zwykło się używać w sytuacji powtórnego zejścia się byłej pary zakochanych, pozwolę sobie zastosować w zupełnie innym kontekście. Spójrzmy prawdzie w oczy: „dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki” z jednego prostego powodu: rzeka wbrew pozorom ciągle się zmienia. Dlatego wcale nie mniejsze szanse na szaleństwo, ciekawe wycieczki zagraniczne czy praktykę obcego języka mają Ci, którzy pozostają lub wracają po Erasmusie. Jedyną różnicą jest sposób postrzegania swoich możliwości i poddanie się rutynie. Fakt, sposobność spotkania w jednym miejscu przedstawicieli kilkunastu krajów nie jest już na wyciagnięcie ręki, jednakże łaknącym międzynarodowego środowiska proponuję zaangażowanie się w ESN (Erasmus Student Network), tudzież w działalność innej organizacji wspierającej programy międzynarodowych wymian studenckich.
Tym jednak, którzy dopiero zastanawiają się nad wyborem semestralnego lub rocznego Erasmusa, zdecydowanie doradzam tę drugą opcję. Pamiętajcie, możliwość wyjazdu macie tylko raz w życiu, a dodatkowe kilka miesięcy za granicą ze świadomością, że Wasza uczelnia przyjmie Was z (mniej lub bardziej) otwartymi ramionami po powrocie, uznając ten wyjątkowo spędzony rok jako kolejny rok Waszych studiów, jest zdecydowanym argumentem, o którym mogą zapomnieć Ci, którzy, aby spędzić kilka miesięcy na obczyźnie, wybierają dziekankę.
Oczywisty minus stanowi deficyt środków finansowych, z którym musi się zmierzyć każdy Erasmus. W przypadku tych planujących niepoprzestanie na delektowaniu się urokami „międzynarodowego życia” po pierwszym semestrze, proponuję większe zadbanie o swoje fundusze jeszcze przed wyjazdem oraz dogłębne zapoznanie się z ofertą banków, które śmiało wykorzystują niezorientowanych klientów wyjeżdżających za granicę, nakładając nawet 4% prowizje od przelewów lub operacji bankomatowych.
Co do kwestii dopełniania formalności, zapamiętajcie sobie jedno: przed dziekanatem nikt nie ucieknie (gorzej to tylko może być w przypadku rozliczeń z Urzędem Skarbowym), a tym bardziej przed nadrabianiem różnic programowych, które spędzają sen z powiek niejednemu Posterasmusowi. I dotyczy to zarówno tych semestralnych, jak i rocznych, a już zwłaszcza tych, którzy przedłużają wyjazd semestralny. Niemniej jednak, perspektywa nadrabiania zaległości od nowego roku akademickiego wydaje się być zupełnie inna niż przedłużanie sesji zagranicznej poprzez stresujące uzgadnianie warunków zaliczania kolejnych przedmiotów.
Powyżej wymienione zalety rocznego Erasmusa bynajmniej nie umniejszają radości z wyjazdu semestralnego, na który z pewnością większość z Was się zdecyduje. Przede wszystkim, dobrze zorganizowanemu Erasmusowi nie straszna będzie sesja, jeśli uprzednio dokładnie przestudiuje listę przedmiotów obowiązkowych oraz ich odpowiedniki na zagranicznych uczelniach, uwzględniając fakt, że nie wszędzie znajdzie się opcja w języku angielskim. Szczęśliwcy, posługujący się na poziomie co najmniej komunikatywnym językiem ojczystym danego kraju, zdecydowanie spokojniej mogą liczyć na odnalezienie bardziej ambitnych pozycji niż etyka czy historia starożytna.
Warto również samemu zainteresować się poszukiwaniem przyszłego lokum, gdyż nie zawsze pomocna dłoń uczelni wskaże Wam najlepsze „cztery ściany”. Owszem, nie należy jej ignorować, lecz zwyczajnie sprawdzić czy, mimo niskich stypendiów, nie dostaniecie propozycji osiedlenia się w czterogwiazdkowej rezydencji studenckiej albo w leciwej kamienicy. Bywa, że w niektórych krajach wspólne wynajęcie mieszkania z innymi Erasmusami jest nie tylko tańsze, ale i daje możliwość doboru współlokatorów.
Nie bójcie się języka! Jeśli nawet jedynymi słowami jakie znacie jest „hola”, „bonjour”, „buon giorno" czy „guten Morgen”, to już możecie zacząć się czuć jak u siebie, przekraczając próg pierwszego lepszego spożywczego. Prawdę mówiąc, dla samego poruszania się po mieście zdecydowanie wystarczająca jest poprawna polszczyzna, ewentualnie angielski i odrobina elokwencji. Ciekawym doświadczeniem, którego później tak brakuje wszystkim wracającym, jest możliwość porozumiewania się właśnie między sobą w swoim własnym języku ojczystym! Uczucie bezkarnego rozmawiania o wszystkim, na co przyjdzie ochota, jest niewątpliwie bezcennym wspomnieniem.

Erasmus to jednak nie tylko niezwykła przygoda, lecz istotne doświadczenie wpisywane w Curriculum Vitae. Nie sposób nie docenić umiejętności radzenia sobie w obcym kraju, a tym bardziej praktycznego posługiwania się tamtejszym językiem. Erasmusi uznawani są za bardziej zorganizowanych, pełnych energii ludzi, którym niestraszne jest pokonywanie nowych trudności, potrafiących wyznaczać sobie konkretne cele i dążyć do ich spełnienia. I nic dziwnego: któż przecież jak nie Erasmus przetrwa batalię z samym sobą, kiedy po szalonym weekendzie w Madrycie trzeba powrócić do Brukseli, aby zaliczyć egzamin ze statystyki? Nie wspominając już o niezliczonych manewrach między jednym deadlinem a drugim, wyznaczanym przez uczelnianych formalistów, oraz dyplomacją w negocjacjach z nieugiętymi profesorami, uważającymi swój przedmiot za najważniejszy w programie kształcenia przyszłych ekonomistów?
Erasmusa polecam wszystkim, a zwłaszcza tym, których zdążyła już dopaść tzw. studencka rutyna. Jeśli szczytem Twoich uczelnianych osiągnięć jest sprytne opuszczanie wykładów oraz umiejętność zdobywania zaliczeń jak najmniejszym kosztem, użyj tych niezwykłych zdolności do uzyskania odpowiedniej średniej oraz przekonania komisji rekrutacyjnej, że to właśnie Ty podołasz zagranicznej eskapadzie. Bo ja jestem tego pewna. Powodzenia!
Autorka: Aleksandra Kler



